Garnizon – Pleszew

wrzesień 2002 – luty 2003
scenariusz i opracowanie: Witold Hajdasz

    Pleszew, jako miasto posiadał od czasów najdawniejszych kontakty z wojskiem, które w zależności od aktualnego stanu militarnego państwa były bardziej lub mniej ścisłe. Pierwsze wzmianki pochodzą z „Rejestru piechoty miejskiej” na wojnę w 1458 roku znajdującego się w Metryce Koronnej.
Pleszew był zobowiązany do wystawienia 12 żołnierzy, a np. Ostrów Wlkp. i Krotoszyn – dwóch, Jarocin 10, Kalisz 30. Innym dokumentem mówiącym o znaczeniu i związkach Pleszewa z wojskiem był rejestr cyzy – specjalnego podatku nakładanego na miasta wielkopolskie w czasie trwania wojny trzynastoletniej. Pleszew na prowadzenie wojny zapłacił 35 grzywien 25 groszy. Dla porównania Jarocin zapłacił 18 grzywien i 25 groszy a Koźmin 45 grzywien i 9 groszy.W czasach średniowiecza miasto posiadało umocnienia obronne w postaci częstokołu – otoczonego fosą – który przebiegał najprawdopodobniej wzdłuż dzisiejszych ulic: Garncarskiej, częściowo Kilińskiego, Tyniec. Wiek XV i XVI to okres zmian ekonomicznych, narodowościowych oraz politycznych. W czasie wojny północnej toczonej w latach 1700 – 1721 ze Szwedami, z pobliskich lasów kowalewskich Adam Śmigielski dokonał udanego wypadu na oddział nieprzyjaciela. Najprawdopodobniej Pleszewianie brali udział w walkach ze Szwedami pod Turskiem 24 grudnia 1721 roku oraz w rejonie Kalisza i Kościelnej Wsi 29 października 1706 roku.
W okresie Konfederacji Barskiej, jej sekretarzem w Wielkopolsce był Jgnacy Wierusz – Niemojowski pochodzący z Korzkiew koło Pleszewa. W rejonie Chocza i Jarocina powstawały punkty werbunkowe. Wobec bliskości Pleszewa należy przypuszczać, że i jego obywatele brali udział w wydarzeniach 1768 roku.
Na mocy Uniwersału z 1 lutego 1769 roku Pleszew był zobowiązany do wystawienia 30 gemajnów piechoty. Pleszewianie brali również udział w bitwie pod Turskiem stoczonej 2-go lub 3-go lutego 1769 roku. Oddziały polskie pod dowództwem Malczewskiego pomimo przewagi nie zdołały pokonać wojsk rosyjskich.
Drugi rozbiór Polski spowodował przejście Pleszewa pod panowanie pruskie w 1793 roku na następne 125 lat. Zaborcy, nie czekając na formalne zatwierdzenie drugiego rozbioru przystąpili do wprowadzania pruskiego ustroju administracyjno – politycznego i wojskowego.

Tatry stanowią niezwykłe miejsce do odpoczynku, rekreacji i uprawiania różnych form sportu. Każdy, kto choć raz spotkał ich piękno i urok zostanie im wierny na zawsze. Dla mnie Tatry to od przeszło trzydziestu lat najpiękniejsze góry świata. Przemierzając je przez lata starałem się ich cząstkę uwiecznioną na kliszy zabrać ze sobą. Tak utrwalone piękno ożywa kiedy z pomocą przychodzi wyobraźnia, kiedy pamięć wydobywa zapach kosodrzewiny i ziołorośli, szum wiatru i szmer potoków. I wtedy w pełni zaczynam rozumieć co chciał wyrazić anonimowy autor inskrypcji wyrytej w kamieniu nad morskim okiem, inskrypcji odkrytej na początku XIX wieku: „kto tu obraz swych uczuć malować się sili, ten sobie zbyt pochlebia i innych omyli jam tu więcej nie poznał. Tylko troje, wdzięk natury, moc boga i nikczemność moję”.

Masyw Mount Blanc – Rano pakowanie i selekcja manatków na te, które zabieramy na górę i te co zostaną w samochodach. Powinniśmy zabrać tylko to co niezbędne, ale co zrobić kiedy wszystko jest niezbędne? Piąty raz przeglądam bagaż i wreszcie odkładam na bok lekkie obuwie i menażkę, posiłek mogę przecież ugotować sobie w kubku, zostawiam też połowę prowiantu (to czego nie lubię) i kilka czekolad. Nigdy bym nie pomyślał, że czekolada może być taka ciężka, kilka tabliczek to przecież cały kilogram! Popakowani wjeżdżamy kolejką linową do stacji Bellewue, a stąd jeszcze tramwajem zębatką do Nid d’ Aigle, jego końcowego przystanku. W założeniach konstruktorów przed stu laty tramwaj ten miał dojeżdżać aż na szczyt… Mount Blanc, na szczęście dla gór nie doszło do tego. Sam pomysł był równie poroniony jak olimpiada w Zakopanem. Ze stacji końcowej, każdy swoim tempem, zaczynamy wędrówkę pod górę. Na szlaku idzie mnóstwo ludzi: Francuzi, Niemcy, Anglicy, wymijamy się, wyprzedzamy, tasujemy i tak jakoś czas leci. Po drodze mała, kamienna chata z pustymi oczodołami okien i drzwi, od biedy ktoś zagubiony mógłby w niej przenocować ale nie polecam, pełno w niej śmieci i szczurów. Dalej pod górę. W pewnym momencie Adam, nasz kierownik, zbiera całą grupę w jednym miejscu, to okryty złą sławą szeroki żleb wyścielony skalnym rumoszem, co jakiś czas przelatują tu odłamki skał, a nawet całe lawiny kamienne wytopione przez słońce wyżej ze zbocza Aig du Gouter. Ten kilkuset metrowy odcinek w poprzek żlebu należy przechodzić pojedynczo. Podobno każdego roku ginie tu ok. 60 osób, statystycznie to 1,2 osoby tygodniowo, ale jest poniedziałek początek tygodnia, więc może jeszcze nic się tu dziś nie przydarzy. Przechodzę. Dalej zaczyna się to co osobiście bardzo lubię, wędrówka po skale z użyciem wszystkich czterech kończyn.

 Za nami z boku zostało schronisko Tete Rousse po drugiej stronie lodowca o tej samej nazwie, przez chwile widziałem je zamglone, ale zaraz znikło choć normalnie powinno być widoczne cały czas. Wiatr zrywa się dokuczliwy ale nie rozwiewa mgły, przez małą tylko chwilkę otwiera się w niej okno i za załomem skały widać potężną ścianę Bionnassay i położony pod nią jęzor lodowca. Robię zdjęcie, pyszny widok! Po kilku godzinach wspinaczki nagle pięćdziesiąt metrów nad głową wyłaniają się metalowe pręty i biaława budowla, to schronisko Gouter, jesteśmy na wysokości 3800 m n.p.m.! Kogoś przyzwyczajonego do pięknej architektury schronisk polskich czy słowackich nazwa ta („schronisko”) może mylić bo schronisko Gouter to po prostu większych rozmiarów metalowy barak podzielony na część ogólną tzw. stołową i część sypialną z klitkami zapchanymi pryczami. Jest nieduża kuchnia, pełniąca tez funkcję recepcji i stacji meteo zarazem. Jest kanciapka gdzie można przyrządzić sobie posiłek ale o wodzie można już tylko sobie pomarzyć, tę trzeba wytopić ze śniegu. Jest jeszcze ubikacja, na zewnątrz trzy metalowe kabiny z dachem wiecznie zasypanym śniegiem. Oczywiście nie ma sedesów tylko niewielkie otwory wychodzące nad przepaść i jest tu piekielnie zimno. Niech no kto spróbuje poczytać w tych warunkach gazetę! W schronisku ciasnota i zaduch aż nos wykręca, do części stołowej nie można wchodzić w butach i trzeba je zdjąć w ciemnym i mokrym przedsionku, tam też należy zostawić plecaki, a wszystko to po to, by nie wnosić do środka śniegu, który jest tutaj wszechobecny i nigdy nie topnieje. Właśnie zaczyna zresztą padać. Czekamy w środku aż przyjdą wszyscy nasi wyprawowicze i opuszczamy Gouter. Spać będziemy w namiotach na grani Le Gouter 200-300 metrów od schroniska. Pogoda w tym miejscu jeszcze gorsza, bo nie dość, że mgła i mróz to jeszcze ostro zawiewa śniegiem ale przynajmniej nie ma tego okropnego zaduchu. Widzę niewielkie dołki w śniegu, to pozostałości po rozbitych namiotach, po chwili widzę także namioty: trzy, zasypane do połowy, a z jednego dochodzą jakieś odgłosy, to Polacy! Kto inny zresztą koczowałby w takich warunkach, ci z zachodu okupują duszną puszkę schroniska. Janusz i Romek z Czechowic, moi koledzy z namiotu są ze mną i możemy rozbić naszą „chatkę Puchatka”. Niesporo to idzie, bo co powiększę dołek to śnieg go zasypuje ale w końcu jakoś wciskamy w niego namiot i próbujemy się w nim we trójkę jakoś zagospodarować. Nie jest to łatwe, bo namiot jakby się skurczył (potem będzie jeszcze gorzej, bo ścianki zapadną się pod naporem śniegu) no ale czego się nie robi dla przygody! Kładziemy się też zaraz spać bo jeżeli polepszy się pogoda to pobudka o drugiej w nocy i próba ataku na szczyt Mount Blanc. W potwornej ciasnocie (śpimy obachutani we wszystko co mamy) usiłuję nie zwracać uwagi na kapiącą z sufitu wodę i wkrótce zasypiam.

 Za nami z boku zostało schronisko Tete Rousse po drugiej stronie lodowca o tej samej nazwie, przez chwile widziałem je zamglone, ale zaraz znikło choć normalnie powinno być widoczne cały czas. Wiatr zrywa się dokuczliwy ale nie rozwiewa mgły, przez małą tylko chwilkę otwiera się w niej okno i za załomem skały widać potężną ścianę Bionnassay i położony pod nią jęzor lodowca. Robię zdjęcie, pyszny widok! Po kilku godzinach wspinaczki nagle pięćdziesiąt metrów nad głową wyłaniają się metalowe pręty i biaława budowla, to schronisko Gouter, jesteśmy na wysokości 3800 m n.p.m.! Kogoś przyzwyczajonego do pięknej architektury schronisk polskich czy słowackich nazwa ta („schronisko”) może mylić bo schronisko Gouter to po prostu większych rozmiarów metalowy barak podzielony na część ogólną tzw. stołową i część sypialną z klitkami zapchanymi pryczami. Jest nieduża kuchnia, pełniąca tez funkcję recepcji i stacji meteo zarazem. Jest kanciapka gdzie można przyrządzić sobie posiłek ale o wodzie można już tylko sobie pomarzyć, tę trzeba wytopić ze śniegu. Jest jeszcze ubikacja, na zewnątrz trzy metalowe kabiny z dachem wiecznie zasypanym śniegiem. Oczywiście nie ma sedesów tylko niewielkie otwory wychodzące nad przepaść i jest tu piekielnie zimno. Niech no kto spróbuje poczytać w tych warunkach gazetę! W schronisku ciasnota i zaduch aż nos wykręca, do części stołowej nie można wchodzić w butach i trzeba je zdjąć w ciemnym i mokrym przedsionku, tam też należy zostawić plecaki, a wszystko to po to, by nie wnosić do środka śniegu, który jest tutaj wszechobecny i nigdy nie topnieje. Właśnie zaczyna zresztą padać. Czekamy w środku aż przyjdą wszyscy nasi wyprawowicze i opuszczamy Gouter. Spać będziemy w namiotach na grani Le Gouter 200-300 metrów od schroniska. Pogoda w tym miejscu jeszcze gorsza, bo nie dość, że mgła i mróz to jeszcze ostro zawiewa śniegiem ale przynajmniej nie ma tego okropnego zaduchu. Widzę niewielkie dołki w śniegu, to pozostałości po rozbitych namiotach, po chwili widzę także namioty: trzy, zasypane do połowy, a z jednego dochodzą jakieś odgłosy, to Polacy! Kto inny zresztą koczowałby w takich warunkach, ci z zachodu okupują duszną puszkę schroniska. Janusz i Romek z Czechowic, moi koledzy z namiotu są ze mną i możemy rozbić naszą „chatkę Puchatka”. Niesporo to idzie, bo co powiększę dołek to śnieg go zasypuje ale w końcu jakoś wciskamy w niego namiot i próbujemy się w nim we trójkę jakoś zagospodarować. Nie jest to łatwe, bo namiot jakby się skurczył (potem będzie jeszcze gorzej, bo ścianki zapadną się pod naporem śniegu) no ale czego się nie robi dla przygody! Kładziemy się też zaraz spać bo jeżeli polepszy się pogoda to pobudka o drugiej w nocy i próba ataku na szczyt Mount Blanc. W potwornej ciasnocie (śpimy obachutani we wszystko co mamy) usiłuję nie zwracać uwagi na kapiącą z sufitu wodę i wkrótce zasypiam.

 Nie ma jednak pobudki w nocy i wymarszu na długo przed świtem. Silny wiatr sypiący śniegiem i fatalna widoczność, a raczej jej brak krzyżują nasze plany. Trzeba przeczekać ten dzień, może jutro będzie lepiej. Nie sposób jednak spędzić czasu w namiotach jest za ciasno, więc schodzimy z grani do schroniska, tu przyrządzamy sobie posiłek i każdy próbuje jakoś przepękać ten dzień. Około południa na chwilę ukazuje się słońce, więc jest okazja zrobić kilka zdjęć. Ale samo pójście do namiotu po aparat, jest już samo w sobie jak mała wyprawa, najpierw w zupełnie ciemnym przedsionku trzeba odnaleźć własne buty i dokonując cudów akrobacji by nie wdepnąć skarpetką w czarne błoto na podłodze, nałożyć je walcząc z zamarzłymi sznurowadłami, które sztywne jak pręty zbrojeniowe nie chcą zahaczyć się o zaczepy butów i dać zawiązać.Potem jest oślepiający blask śniegu na zewnątrz i odkopywanie namiotu bo przecież cały czas kurzyło niemiłosiernie, jeszcze tylko szybki sus do namiotu i natychmiast trzeba zasunąć za sobą zamek od wejścia. I to dokładnie. W tych warunkach „zamknięcie drzwi” to sprawa o pierwszorzędnym znaczeniu. Można ze zmęczenia zapomnieć własne nazwisko ale nie wolno nie zasunąć zamka. Przekonała się o tym załoga sąsiedniego namiotu gdy jeden z lokatorów niefrasobliwie poszedł sobie zapominając o „drzwiach”. Bezczelny śnieg wdarł się do środka, zasypał co miał zasypał zamoczył, co ma zmoczyć, a szczególnie upodobał sobie śpiwory. Rezultat był taki, że nie dało się tego wysuszyć i trójka lokatorów tego namiotu zmuszona była drugą noc spędzić za słoną opłatą w zaduchu wspólnej schroniskowej alkowy. Oj, dostało się nieszczęsnemu „sprawcy” tego ambarasu, dostało. Na jego głowę posypały się takie wyrazy, jakich już dawno nie słyszałem, choć przeważały te krótkie i warczące. Kolejna noc w namiotach na grani. Leżę i zgrzytam ze złości zębami, na pogodę. Właśnie znowu sypie potwornie śniegiem, a gdzieś niezbyt wysoko nad głowami przewalają się grzmoty i błyski potężnej burzy. Co za chora sytuacja, dobrze, że nie boję się takich zjawisk (a może to brak wyobraźni?) i tak sobie myślę, co zrobiłoby kilkoro moich znajomych tu i teraz, znajomych co na samo słowo „burza” chowają się w ciemnej łazience z zapaloną gromnicą w ręku. Ha! Jeszcze jedna załoga od nas śpi tę noc w schronisku i jesteśmy teraz podzieleni prawie po połowie: sześcioro w schronisku i pięciu w namiotach. O jedenastej słychać zduszony krzyk: „Hej, Campus, odkopujcie się i to szybko bo was prawie całkiem zasypało!” To do nas, ktoś musi wstać i odkopać namiot. Wstaję na ochotnika ale nie ma w tym nic z heroizmu i poświęcenia bo i tak musiałbym wyjść… za potrzebą. Przebijam się więc przez śnieżną zaspę przy wejściu do namiotu i wychodzę… najpiękniejszą chyba noc jaką w życiu widziałem!!!

 Nie ma wiatru, jest idealna cisza, na niebie nie ma najmniejszej chmurki i świeci milion gwiazd. Są wszędzie: na Drodze Mlecznej, z tyłu, z przodu, z boku… pod stopami, a nie, przepraszam, pod stopami to nie gwiazdy, to tysiące małych, jakby choinkowych lampek, świateł Chamonix, Les Houches i nieco z boku St Gerwais. Widok to iście imponujący, zapierający dech w piersi, więc patrzę, patrzę zachłannie, by utrwalić go jak najlepiej na siatkówce oka a poprzez nią w zakamarkach i najgłębszych pokładach podświadomości. Będzie on ze mną już do końca, nierozerwalny, jak cząsteczka duszy. Próbuję robić zdjęcia, ale to nie wykonalne, nie mam statywu i musiałbym trzymać aparat przez kilka minut zupełnie nieruchomo – nie przy takim mrozie! Niestety, kiedy wstajemy o trzeciej nad ranem nie ma już czystego nieba a wiatr zacina na nowo. Mimo to próbujemy atakować szczyt i o czwartej trzydzieści wyruszamy w dwóch zespołach przypięci do lin. Idzie mi się wyjątkowo ciężko. W kopnym śniegu często zapadam się po biodra. Muszę nawet prosić o chwilę odpoczynku bo po takim zapadnięciu się gubię rytm i oddech. Powoli idziemy jednak do góry. Przed nami widać maleńkie światełka błyskające jak diamentowe koraliki, to zespoły, które wyruszyły przed nami, też nocowali na grani lub w schronisku i teraz cała ta międzynarodowa ferajna ruszyła na szczyt skuszona poprawą pogody. Ale to tylko taka podpucha ze strony pogodowego żywiołu lampki czołówek giną coraz szybciej jedna po drugiej w nadpływającej mgle. Po jakimś czasie widać je znowu, wyłaniają się z mgły ale świecą prosto na nas: O nie! Zawracają!!! Niech to szlag. Adam nasz kierownik zbiera wszystkich i przedstawia sytuację: pogoda się pogarsza i maleje widoczność, teoretycznie może i można by wejść na szczyt Mount Blanc ale nie ma gwarancji, że potrafimy odnaleźć potem drogę powrotną gdy wiatr i śnieg zasypią nasze ślady. A trafić trzeba na wąziutką grań Le Gouter z dokładnością do jednego metra. Zapada decyzja wracamy, my i pozostałe zespoły idące na szczyt: Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, jacyś południowi Słowianie, Węgrzy i jeden Japończyk. Nasza grupa wchodzi jeszcze alternatywnie na leżący nieco z boku Dome de Gouter (4303 m n.p.m.) i schodzimy do obozu. Świta kiedy widzimy namioty.

   Siedzimy w schronisku i kombinujemy co robić dalej. Jeden z naszych ludzi powinien natychmiast zejść niżej, boli go głowa, wymiotuje, już wczoraj miał mały atak duszności i dzisiaj nie atakował szczytu. Musi zejść na dół bo źle znosi wysokość. Idzie z nami Kuba, sympatyczny Ślązak otrzaskany w górach jak mało kto, więc dobrze będzie go ubezpieczał. Reszta zostaje i naradzamy się co dalej. Większość chce zostać ale decyzję ostateczną uzależniamy od prognozy meteo, którą spodziewamy się otrzymać niebawem z Polski. Trzecia noc w namiotach na grani nie jest w stanie nas zniechęcić bo każdy włożył w tę wyprawę niemało pieniędzy, czasu, czy jakiś nadziei. Treningu fizycznego nawet nie liczę bo to akurat zawsze się przyda. Szkoda byłoby nie wejść na Mout Blanc będąc już tak blisko. Schronisko pustoszeje, wszyscy powoli pakują się i grupkami schodzą w dół. Niedobrze. Zostajemy tylko my i dosłownie parę osób, ale i one gotują się do wyjścia. Wreszcie jest oczekiwany telefon z Polski przewidywane jeszcze gorsze warunki atmosferyczne i stan taki utrzyma się przez kilka dni. A więc stało się, wracamy do kraju.