Nasza azjatycka przygoda

W piątek, 25 maja 2018 r. w Muzeum Regionalnym w Pleszewie odbyło się spotkanie pt. „W stronę słońca – czyli nasza azjatycka przygoda”. Bohaterkami wieczoru były Natalia Kempińska i Anna Plucińska, które ostatnie kilka miesięcy spędziły podróżując po Azji i poznając tamtejszą kulturę i ludzi. Podczas spotkania opowiedziały o swoich wrażeniach z podróży na drugi kraniec świata, a także pokazały film przedstawiający ich eskapadę w pigułce. Dodatkową atrakcją była możliwość spróbowania azjatyckich przysmaków, które podróżniczki przygotowały specjalnie na ten wieczór.

 

Poniżej prezentujemy wywiad z Anną Plucińską, przeprowadzony przez Femme Fortis.

Dzisiaj dzielimy się z Wami wyjątkowym wywiadem z wyjątkową dziewczyną! Ania ostatnie kilka miesięcy spędziła, podróżując przez Azję, gdzie poznała tamtejszą kulturę, ludzi, ich dobro i gościnność na wylot. Opowiada m.in. o zmianie podejścia do życia i realizowaniu samej siebie! Miłej lektury!

FF: Zeszły rok był dla Ciebie chyba wyjątkowy pod względem podróżniczym. Czemu jako cel swojej podróży wybrałaś akurat Azję?

Ania: W 2016 roku spędziłam 2 miesiące w Indonezji na wolontariacie, ucząc dzieci w wieku 8-14 lat. Miałam możliwość poznania kraju lokalnymi oczami. Wraz z innymi wolontariuszami mieszkaliśmy z indonezyjska rodzina w jednym domu. Uczyliśmy w publicznych, raczej biedniejszych szkołach. Już wtedy wiedziałam, że to nie plaże, palmy czy ocean tak przyciąga mnie do azjatyckiej kultury, to ludzie! Zawsze życzliwi, uśmiechnięci, pełni pozytywnej energii, mimo ogromnej biedy, potrafią znaleźć szczęście w swoim prostym życiu, co skłania człowieka do refleksji. Tyle pytań rodziło mi się w głowie: „Jak to możliwe?”, „Czego brakuje nam w Europie?”, „Mamy tu tak wiele, a tyle osób jest nieszczęśliwych, dlaczego?”. Ludzie tu zapominają o prostych gestach jakimi są np. „dzień dobry” na ulicy, czy najprostszy uśmiech do nieznajomego. Nie potrzebujemy tego, uważamy, że to dziwne, bo po co jakaś obca osoba ma mi mówić dzień dobry, skoro mnie nie zna. Więc odpowiadając na pytanie – zafascynowałam się ich kulturą, obiecałam, że muszę nauczyć się ich prostego podejścia do życia, cieszenia się każdym dniem, pomaganiu sobie nawzajem, aby wspólnie żyło się lepiej. Czułam się w Azji jak w jednym wielkim HAPPYLANDZIE, uśmiechnięta 24/7. Jak mogłam się nie zakochać i nie wrócić?

FF: Co sprawiło, że postanowiłaś zrobić sobie przerwę od studiów i wyruszyć w tak egzotyczną podróż? Co sprawiło, że zechciałaś podróżować?

A: Był to wielki przypadek, naprawdę. Dwójka przyjaciół zaciągnęła mnie podczas sesji na casting na animatora hotelowego w Hiszpanii. Wybrałam się, mimo, że wiedziałam, że nie mogę wyjechać ze względu na studia. Na castingu ze 160 osób tylko 2 osoby dostały kurs i pracę na Wyspach Kanaryjskich i ja byłam jedną z tych osób. Stwierdziłam, że takiej szansy nie mogę po prostu opuścić! Szybko zdałam egzaminy, złożyłam wniosek o rok dziekański, spakowałam plecak i poleciałam na pół roku na Wyspy Kanaryjskie! Po paru miesiącach na wyspach, uzbierałam wystarczająco pieniędzy, aby móc podróżować po Azji przez 1-2 miesiące. Wyjechałam z biletem w jedną stronę, po czym zostałam na 5 miesięcy. Ludzie pytali mnie „Skąd bierzesz pieniądze?!”, otóż – w dużej mierze spałam w namiocie, u lokalnych ludzi, robiłam w międzyczasie 2 wolontariaty, jadłam tylko w lokalnych miejscach i poruszałam się tylko lokalną komunikacją, która jest duuuużo tańsza niż ta dla „białych” turystów. Dużo ludzi zapraszało mnie do siebie do domów, mieszkań czy bambusowych chatek na środku pola ryżowego. Wystarczy nauczyć się trochę lokalnego języka, a już traktują Cię jak członka rodziny, a nie jak białego turystę.

FF: Jakie zauważyłaś główne różnice kulturowe między Polską, czy ogólnie Europą, a miejscami, które odwiedziłaś?

A: Na pewno jedną z większych różnic jest religia. Przykładowo Indonezja, Malezja są krajami muzułmańskimi. Dosłownie wszędzie są meczety, w większości restauracji, w każdym centrum handlowym znajduje się pomieszczenie do modlenia, gdyż muzułmanie musza modlić się 5 razy dziennie. Po mieście rozchodzą się głośne dźwięki modlitw, a ludzie chodzą ubrani kompletnie inaczej niż w Europie. Po pierwsze ich ubrania to długie spódnice, długie spodnie, koszule z długimi rękawami, ciało jest prawie całe zasłonięte, a dodatkowo większość kobiet nosi burki, czyli chusty zasłaniające głowę. Nawet w oceanie większość kąpie się w koszulkach i spodniach, golizna nie jest tu mile widziana. Raz nawet, kiedy weszłam do jeziora w stroju kąpielowym, to lokalni ludzie z wioski przyszli mi powiedzieć, że musze się ubrać. Oczywiście w miejscach komercyjnych, typu Bali, czy innych takich, gdzie można spotkać dużą ilość turystów, takie zachowania już są rzadkością, ale w miejscach jeszcze nie odkrytych przez świat turystyki, gdzie zdarzało mi się być, to normalne.
Zaś w Tajlandii i Wietnamie główną religią jest buddyzm, co widać przez znajdujące się wszędzie przepiękne świątynie. Ozdobione są najczęściej złotem, czy pomalowane na żywe kolory, przez co bardzo zwracają na siebie uwagę. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni raczej do szarości i monotonności w naszych kościołach, dlatego wszystkie świątynie robiły na mnie przeogromne wrażenie.

I Filipiny! Ach, moje ukochane Filipiny! Większość Filipińczyków jest katolikami. Wiem, że to ten sam katolicyzm co u nas w Polsce, ale kompletnie inaczej to odczuwałam. Lokalne autobusy, czy jeepney’e (duże jeep’y, działające na zasadzie autobusu, najtańsza opcja komunikacji) mają w środku święte obrazki, różańce, od zewnątrz bardzo często znajdują się graffiti z podobizną Jezusa, Maryi, czy baranka. Wszystko jest tak kolorowe, że chce się uśmiechać od samego patrzenia. Są zawsze uśmiechnięci i skorzy do pomocy. Na Filipinach przez cały miesiąc przebywałam z lokalnymi, biednymi rodzinami i jestem w stanie stwierdzić, opierając się na indywidualnym doświadczeniu, iż nie znają oni zazdrości, są pełni akceptacji na inność człowieka i darzą się nawzajem przeogromną miłością. Bije od nich takie ciepło i taka dobroć, że ciężko jest to ująć w słowa. Nie uważają, że żeby być katolikiem, trzeba iść w niedzielę do kościoła i dać na składkę, czy raz do roku iść do komunii/spowiedzi, bo wypada i to starczy.

FF: Jak ludzie odbierali fakt, że podróżujesz sama z przyjaciółką, z 6kg bagażem, z planem, żeby odwiedzić w Azji kilka krajów?

A: Przerażenie – tak opisałabym wyraz twarzy większości ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Gdy mówiłam im, że jadę 3000 km po Wietnamie na motorze, czy że śpię na Filipinach tylko w namiocie, czy że jeżdżę tylko stopem po Malezji, zawsze czułam, że chcą mi to wybić z głowy i przygarnąć do siebie, żebym tylko była bezpieczna. W Indonezji zawsze mówili na mnie bule gila- co w dosłownym tłumaczeniu oznacza – szalony białas.
Kraje azjatyckie są dużo biedniejsze od europejskich i dużo ciężej jest podróżować. Większość ludzi zbiera przez lata pieniądze, żeby pozwiedzać własną wyspę czy miasto obok. Dziwnie się czułam, gdy raz w Wietnamie pod koniec mojej podróży w tym kraju, na jednej przez prowadzonych przeze mnie lekcji angielskiego, opowiadałam WIETNAMCZYKOM o WIETNAMIE! Jest to duże państwo, a północ znacznie różni się od południa, dlatego, gdy opowiadałam o swojej przygodzie, o poznanych ludziach, jedzeniu, architekturze, zachwycali się, jakbym mówiła o innych kraju! To tak jakby jakiś Azjata opowiadał mi o jedzeniu i kulturze na Mazowszu! Nie ma się co dziwić, nie mają niestety pieniędzy ani czasu, żeby tak podróżować, gdyż pracują 7 dni w tygodniu, od rana do nocy. Takie przeżycie uczy, żeby doceniać w 100% to co mamy i w jakich czasach/warunkach zostaliśmy urodzeni – w Europie, gdzie żeby cokolwiek osiągnąć wystarczy chcieć.

FF: W naszym społeczeństwie panuje sporo stereotypów – trzeba skończyć studia, żeby coś znaczyć, potem założyć rodzinę, znaleźć sobie stabilną pracę, wziąć kredyt na mieszkanie. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

A: Kompletnie się z tym nie zgadzam. Uważam, że w życiu powinno się robić to, co sprawia, że jest się szczęśliwym, podążać drogą marzeń i zainteresowań. Oczywiście nie mam nic przeciwko, jeżeli ktoś chce po studiach wyjść za mąż/ożenić się, znaleźć stabilną pracę, kredyt, mieszkanie itp. – jeżeli to jest to, czego naprawdę będzie chciał, a nie TO, co wypada zrobić, bo już ma się 25 lat, bo mama nalegała na ślub, bo trzeba wziąć kredyt. Wiele młodych ludzi nie ma na siebie pomysłu i podąża tą ścieżką i kończy nieszczęśliwie. Jeżeli nie spełnimy się za młodu, czy porzucimy nasze marzenia i przestaniemy się kształcić, będziemy żyć nieszczęśliwi, wyżywając się za to na rodzinie, otaczających nas ludziach. A nie o to chodzi! Wiele ludzi w Polsce, gdy mówię im, że mimo, iż studiuję na Politechnice, raczej nie zostanę w inżynierii, gdyż chce pracować może w turystyce, a może w czymś lingwistycznym, odpowiada mi – „Praca nie jest po to, żeby Cię uszczęśliwić, praca jest po to, żeby wyżywić rodzinę”. Wiadomo, życie zawsze może się tak ułożyć, że będę zmuszona do pracy, która nie do końca mi pasuje, ale czemu z góry zakładać, że praca nie może być również przyjemnością? Że nie może być naszym zainteresowaniem? Pasją? Musimy łamać stereotypy i pokazać, że jak się chce, to można wszystko, dokonać według wielu NIEMOZLIWEGO!

FF: Jakie wyobrażenie mieli ludzie, których spotykałaś na temat Europy i Europejczyków?

A: Biały człowiek w Azji uważany jest przede wszystkim za bardzo bogatego, za człowieka wyedukowanego, z dobrym wykształceniem, za człowieka czystego. Kobiety chcą się upodabniać do europejskich, w większości kremów jest wybielacz do skóry, nie lubią swoich skośnych oczu, krótkiego, lecz szerokiego nosa, czy wielkich ust. Zawsze słyszałam, ze chcą moje blond włosy, niebieskie oczy, nos i małe usta. (Skóry już nie chcieli, bo byłam bardzo brązowa, więc zawsze śmiali się, że sama sobie zepsułam nieskazitelnie biała skórę, za którą oni oddaliby miliony. Nie mogli zrozumiem, że my kochamy być opaleni). Przykre jest to, że niestety myślą o Europejczykach jako o ludziach lepszych. Jak widzą białego, to jakby zobaczyć gwiazdę rocka. W wielu miejscach pytali mnie o zdjęcie, o autograf, brali moją dłoń i przykładali do czoła, co oznacza, w azjatyckiej kulturze oddanie szacunku. Generalnie wszyscy bardzo lubią Europejczyków, zawsze do nich machają, witają się i zagadują, ale niektórzy myślą też o Europejczykach jako o snobach, którzy lubią się wywyższać i którzy czują się lepsi od nich. Po usłyszeniu tej teorii, zaczęłam bacznie przyglądać się z boku „białym” turystom i rzeczywiście dużo jest takich osób. Co więcej, jeżeli na ulicy wśród Azjatów byłaby jakaś niezadowolona twarz, jacyś nieuśmiechnięci czy narzekający na coś ludzie, to wiadomo by było, że to Europejczycy.

FF: Jakie były najbardziej poruszające czy pouczające doświadczenia ostatnich kilku miesięcy?

A: Ciężko wybrać kilka takich wydarzeń. Podczas 5 miesięcy mam wrażenie, że było milion takich sytuacji, które mnie wiele nauczyły. Za każdym razem, gdy rozkładałyśmy namiot i kolejna rodzina podchodziła do nas i zabierała nas do siebie do domu, gotowała nam, spędzała z nami swój cały wolny czas i traktowała nas jak członków rodziny, czułyśmy się jak w kolejnym śnie! Ludzie tam mają tak mało, a potrafią się tym dzielić. Dostałyśmy od lokalnych ludzi tyle miłości, co na pewno zmieniło trochę moje podejście do życia. Ich dobroć mnie po prostu onieśmielała. Nigdy nie zapomnę rodziny z Cebu City na Filipinach, która przygarnęła nas do siebie, cały czas nam gotowała przeróżne potrawy, zorganizowała niesamowite karaoke i tańce, spędziliśmy godziny na rozmowach, czułam się jakbym ich znała od dziecka, utożsamiałam się z nimi, czułam się jak jeden z nich, jak członek mojej nowej filipińskiej rodziny. Chwilę przed naszym wylotem, babcia wzięła mikrofon, powiedziała, że nas kocha, zapamięta nas na zawsze i że jesteśmy dla nich członkami rodziny, po czym zaczęła śpiewać filipińską piosenkę „mahal kita” (na jęz. polski – kocham Cię) z dedykacją dla nas, a ja po raz pierwszy w życiu popłakałam się ze szczęścia. Nie mogłam po prostu przestać, to był punkt kulminacyjny, apogeum mojego szczęścia, czułam, że szczęście wypływa mi już z ciała łzami, bo mam taki przesyt. Na pewno nigdy nie zapomnę tego dnia, gdyż był to dzień, w których sama nie wierzyłam, iż można być tak szczęśliwym, jak ja jestem!
Bardzo pouczający był trekking na wulkan Ijen na wyspie Jawa w Indonezji. Jest to wulkan czynny, na którym główną atrakcją jest niebieski ogień, czyli spalający się w temperaturze 600 stopni Celsjusza gaz siarkowy. Na wulkan idzie się nocą. Trekking utrudnia bardzo stroma ścieżka i wydalająca się z dna wulkanu siarka, przez co trzeba iść w masce gazowej. Po dojściu na szczyt, zaczyna się najcięższy odcinek, zejście do krateru, w celu oglądania niebieskiego ognia. Ścieżka jest bardzo stroma, znajduje się na niej wiele głazów, kamieni, co stanowczo utrudnia schodzenie, a późniejsze wchodzenie. Gęsty dym i stężenie siarki w powietrzu jest już takie duże, że oddychanie robi się wielkim problemem mimo maski. Zaczynają boleć płuca, lecą łzy, zaczyna się kaszel, katar, nie zostaje dostarczona do płuc wystarczająca ilość tlenu, co powoduje duże osłabienie organizmu. Na około widać wiele turystów, głównie Europejczyków, zmęczonych, narzekających, upoconych, jak po przebiegnięciu maratonu. Wystarczy na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć bardzo ciekawemu zjawisku, według mnie jeszcze ciekawszemu niż niebieski ogień, po który tam przyjechałam. Między tymi wszystkimi wykończonymi turystami można spotkać tamtejszych górników, ubranych w podarte ubrania, japonki, bez masek gazowych, noszących na plecach od 60-120 kg siarki, z papieroskiem w ustach i wielkim, szerokim uśmiechem wspinających się na szczyt krateru. Za kilo siarki dostają 6 centów. Plecy mają w ogromnych bliznach po ciężkiej pracy, która nie ma co ukrywać, powoli ich zabija. Ich średnia długość życia to 40 lat. Jeden z górników siedział na głazie, robiąc sobie krótką przerwę, spojrzał się na mojego kolegę i spytał go, czy nie chce się poczęstować jego posiłkiem. Cała sytuacja bardzo nas wzruszyła. Pokazała nam, iż mimo ciężkiej pracy i ciężkiego życia można być nadal szczęśliwym, życzliwym, dobrym. Akceptują oni swój los, takim jakim jest. Nie narzekają, tylko idą twardo, zaczepiając turystów, śmiejąc się, żartując. Tylko uczyć się od takich ludzi podejścia do życia, docenienia tego, ile mamy. A mamy przecież bardzo wiele!

FF: Podsumuj, co udało Ci się osiągnąć podczas ostatnich kilku miesięcy.

A: Spróbuję zrobić to w punktach:

– wolontariat w hotelu w Malezji;

– 2-dniowy trekking w sumatrzańskiej dżungli wśród orangutanów i wielu różnych rodzaju małp;

-opieka nad słoniami w Tajlandii;

-kurs gotowania w Wietnamie;

– przejazd całego Wietnamu (3000km) na motorze;

-nauka angielskiego dzieci i dorosłych w Hanoi i Sajgonie;

-podróż po Filipinach bez płacenia ani razu za nocleg (namiot, lokalne domy);

-skok na bungee z 70m w filipińskiej dżungli;

-nurkowanie z rekinami wielorybimi na wyspie Cebu na Filipinach;

-zdobycie wulkanu Ijen w Indonezji;

-dla niektórych może to nie wyczyń, dla mnie jeden z większych – brak prysznica i łóżka przez 2 miesiące! Zamiast tego płukałam się w wodzie deszczowej, źródlanej a spałam najczęściej na betonie.